Zaraz jak przyjechalysmy wiedzialysmy ze sie nam tu spodoba. Chwile pozniej znalazlysmy zacienione miejsce gdzie na tarasiku knajpy na poduchach tajowie graja na gitarkach. Obok leza leniwe psy. To jest miejsce dla nas. Pytamy o bungalowy: 150 z lazienka zaraz obok glownego budynku. Tylko dwa kroki na koncert na zywo codzienie i wifi. Czego mozna chciec wiecej. Szybko sie rozgoscilysmy na tarasie

i poduchach. Kazdy tu mily i po chwili znamy juz wszystkich. Chlopaki nam przygrywaja. Jeszcze tego dnia rzucilysmy okiem na miasteczko. Ot taka malutka urocza miescina z paroma marketami pelna przytulnych knajpek i wszelkiego rodzaju sklepikow. Czlowiek nawet nie wie kiedy z jednego konca przechodzi na drugi. Wieczorem koncert. Gospodarz Tom kazdego wita i dba o kazdego jak o wlasna rodzine. Nic dziwnego ze wszyscy wracaja tu nastepnego dnia. Szybko poznaje sie nowych znajomych a klimat jest jedyny w swoim rodzaju.

Pozniej rozpoczynaja sie koncerty w innych knajpkach a na samym koncu w Bebop poza miastem prawie. Zawsze sie znajdzie ktos kto podrzuci na motocyklu. Tom albo ktorys z chlopakow muzykow. Nastepnego dnia wybieramy sie na zwiedzanie okolicy. Jeszcze chwilka z rana na tarasie z gitarka.

Wszyscy muzycy codziennie spotykaja sie w Edible jazz na granie i pogaduchy. Tom udostepnia instrumenty a jak trzeba to takze kuchnie. Szybko sie wydalo ze gram. Coz nie umiem trzymac lapek przy sobie. Po umowieniu sie na granie wieczorem, Tom pdoponuje ze bedzie moim przewodnikiem. Wskakujemy na motocykl i zwiedzamy: niesamowity kanion, pobliskie orzezwiajace wodospady, gorace źrodla, swiatynie na wzgorzu z widokiem na doline, most z II wojny swiatowej i chinska wioske. Ostatnie miejsce sliczne ale tak sztuczne ze az razi. Bardziej przypomina kurort niz wioske.

Nawet sobie kawalek muru chinskiego wybudowali. Pech sprawil ze poslizgnelam sie nad wodospadem i raczka spuchnieta i boli. Probowalam grac ale bylo tylko gozej. Nici z koncertu. Siedzie i chlodze reke zimnym piwem oraz lodem. Nastepnego dnia ekipa ktora poznalam w Chiang mai wyciaga mnie na sniadanie do jungle bar. I to wlasnie do dzungli hen hen za miastem. Wsrod palm i innych dziwnych roslin nie opodal rzeczki jest bar a obok tarasik z hamakami.

Owocowy shake w hamaku wsam raz. Bar dosc dziki bo nawet kon i pies za barem sie zdarzyl. Upal byl tego dnia niemilosierny wiec reszte dnia siedzialysmy w cieniu Edible jazz na paduchach sluchajac grajacych tajow i planowalysmy trase przez Malezje i Indonezje. I nawet na obiad nie musialysmy sie ruszac bo Tom poczestowal nas wysmienitym pad thai. I gdzie tu isc i po co? ;)

Tak na prawde wszyscy przychodza tutaj. Sami przyjaciele i nawet my sie czujemy juz jak miejscowe, coraz bardziej, z dnia na dzien. Jak zawsze mialysmy szczescie co do miejsca. Wieczorami po jednym koncercie ludzie wyciagaja tylko na nastepny koncert.

Ciezko bylo opuszczac Pai. Tom zorganizowal mala imprezke pozegnalna. Troche pogralam choc z bolu zaciskajac zeby. Pozegnaniom z chlopakami muzykami nie bylo konca. Do Pai wroce- juz sie umowilam. Miejsce w kapeli na mnie czeka a Tom powiedzial ze to nasz dom i Edible jazz bedzie czekac zawsze.

http://www.ourownadventure.com/

Dodaj komentarz