Bangkok – miasto grzechu

6-milionowa stolica zadziwia od samego początku. Budzi emocje, które wbijają się gdzieś głęboko w podświadomość. Niektórzy go nienawidzą, inni zakochują się od pierwszego spojrzenia.

Jak to powiedział jeden miejscowy: Bangkok trzeba traktować z szacunkiem, respektując jego zasady, by nie obrócił się przeciwko Tobie, a miasto wręcz odwdzięczy się z nawiązką.

Wiecznie zatłoczona i turystycznie przesycona Kao san road kusi na każdym kroku. Setki sprzedawców, tuk tukarzy i naganiaczy. Wszelkiej maści bary i restauracje od tych małych i przytulnych po wielkie i szalone kluby. Tutaj słychać rockowe covery grane przez tajski zespół, a chwilę później już ostre techno. Ulica nigdy nie zasypia. Nawet kiedy już wszystkie prawie bary są zamknięte. Zawsze znajdzie się pani z lodówką pełną zimnego piwka.

Ale Bangkok to nie tylko szalona impreza, ale także zimne i bezlitosne miasto pełne prostytucji, brudu, szczurów i wszędzie czyhających na beztroskiego turystę niebezpieczeństw. Niedaleko od głównego turystycznego traktu, w okolicy małego kanału, zagłębić się można w typowe małe azjatyckie uliczki, gdzie z powodu ciasnoty prawie się wchodzi do czyjegoś szeroko otwartego domu. Bangkok to miasto różnorodności. Mieszanina kultur, ludzi i architektury. Płynnie przejeżdżamy z dzielnic betonowych i szklanych konstrukcji do nisko zabudowanych małych uliczek.

Znalazłyśmy miejsce w hotelu niedaleko słynnej Kao san road. Tutaj też spotkałyśmy się z Anką, z którą będziemy podróżować dalej. Pierwsze piwko na słynnej, wiecznie zatłoczonej Kao san i pierwsze plany na dalszą podróż. Kolejne dni mijały nam na załatwianiu różnych tych bardziej i mniej ważnych spraw, podziwianiu okolicy i kosztowaniu stolicy.

 

Na cały dzień wciągnęło nas China town wraz z dzielnicą hinduską – miejsce zupełnie inne od części turystycznej. Także targ amuletów nie pozwalał nam przejść obojętnie. Z lupeczką można przeszukiwać godzinami uginające się pod ciężarem brązu i srebra stoły. Podczas wolnego spaceru podziwialiśmy miliony przeróżnych kamieni, medalionów i monet. Jak zwykle znalazłam się w samym centrum wydarzeń na Kao san. Aż trudno to opisać – ot po prostu życie: nowi przyjaciele ci tutejsi i przyjezdni, którzy pokazali mi cuda Bangkoku i sprawili, że czas mi tu płynął jak nigdzie indziej.

 

Troche od Magdy-No coz jednym BKK sie podoba ,czuja sie jak ryba w wodzie,ale nie ja.Tloczno ,glosno,niesamowite korki na ulicach,na prawo ladies-boys,na lewo starsi panowie obwieszeni mlodymi Tajkami,kac kazdego poranka lub prawie kazdego.To miasto nie ma tzw COSIA ktory by mnie zahaczyl.Ci co mnie znaja wiedza ze wole miejsca mniejsze ,spokojniejsze,gdzie mozna sie zadumac ,odciac sie od rozpedzonego swiata.Raczej tu nie wroce ,ewentualnie tranzytem,tylko lotnisko.Ale jak to sie mowi trzeba w dane miejsce pojechac ,pomacac zeby miec swoje zdanie :-)

Źródło: Ourownadventure.com

Xpedia.pl patronuje kolejny blog podróżniczy: Magdalena Prask jest poznańską podróżniczką, która łączy swoją pasję do gór i do dalekich wypraw;  m. in. jako 6 – ta Polska zdobyła Mt. Everest, przebyła też tysiące km po Ameryce Południowej, choć jak mówi lista destynacji podróżniczych jest jeszcze długa. Czytaj dalej

Skærbæk – mały azyl na prochach Wikingów

Powiedz mi co wiesz o miejscu, gdzie dorastałeś/aś. Znasz jego topografię na wskroś. Wiesz co nie co o historii, zwłaszcza jeśli nauczyciel tego przedmiotu w podstawówce przypomina Ci o tym na lekcji. Albo jak wyprowadzasz psa na spacer i mijasz pamiątkową płytę z inskrypcją. Daty wydłubane w granicie, znicze zapalane przez sąsiadkę, wspomnienia dziadków.

Moje dwie lokalne ojczyzny – Wawer i Grochów zioną historią z każdego kamienia. I nagle uświadomiłam sobie, że o moim „nowym domu” nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, co mogę wydedukować rozglądając się po okolicy.

Dawno, dawno temu…

Et godt sted at bo – miejsce dobre do mieszkania, czytam…Skaerbaek to miejscowość licząca lekko ponad 2 tys mieszkańców. Tutaj także pielęgnuje się pamięć o dawnych czasach. Najwidoczniej ludzie lubią myśleć że ich domy wyrastają na ziemiach, po których wieki temu biegali rogaci Wikingowie i toporami wyznaczali granice swych osad. Kto przeżywał wycieczkę na Ostrów Tumski albo z zachwytem chłonął legendy o założycielach Państwa Polan, ten zrozumie. Później, gdzieś w wieku oświeconym pojawia się hrabia/król/szlachcic/książę, który stawia imponujący zamek fortecę i przyczynia się do rozwoju okolicy, za co zyskuje przydomek „budowniczy”. Wszelkie zabiegi tego typu to jednak tylko przykrywka dla ekspansywnej polityki, bo apetyt na podboje sąsiednich terenów – w tym przypadku potężnej wyspy Fioni (dun. Fyn) – ma każdy, kto posiada przynajmniej cztery imiona i tytuł. Tej całej historii trzeba dodać jeszcze szczyptę dramatyzmu i wspomnieć o złym najeźdźcy – „wszędobylskich, agresywnych i niszczycielskich” Szwedach. Tak po krótce należy przedstawić dzieje miasteczka, które w ubiegłym stuleciu przeszła ogromną transformację i na tym chcę się skupić.

Port rybacki w Skærbæk z elektrownią w tle

Najważniejszą decyzją, która wpłynęła na rozwój miasteczka była rozbudowa portu rybackiego w latach 20-tych XX wieku. Wcześniej prymitywa infrastruktura portu pozwalała na stacjonowanie znacznie mniejszych łodzi, zajmowano się głównie połowem morświna. Nowy port dał więcej możliwości i napędził lokalną gospodarkę na tyle, by uczynić ze Skaerbaek najbogatszą miejscowość w gminie. Do lat 40-tych flota rybacka stanowiła ok. 50 łodzi. Oprócz rybołówstwa miejscowa ludność trudniła się przetwórstwem ryb, handlem, budową łodzi, przemysłem drzewnym i rolnictwem.

 

Tuż po Drugiej Wojnie Światowej wybudowano tu elektrownię o spółdzielczych prawach własności. W latach 50-tych zakład przejęła firma Elsam, która obecnie została wchłonięta przez największy kombinat energetyczny w Danii – Dong Energy. Elektrownia góruje w krajobrazie do dziś, zatrudnia ok. 800 pracowników, z czego część zamieszkuje wraz z rodzinami należące do firmy osiedle domków jednorodzinnych w Skaerbaek. Właśnie w ten sposób my wylądowaliśmy w tym, z pozoru odludnym miejscu.

Intensywny rozwój infrastruktury w latach 70-tych – m.in. budowa autostrady – przyczynił się do wielu odkryć archeologicznych. Analiza gruntu, modelowanie zjawisk związanych ze zlodowaceniem oraz wszelkie ślady osadnictwa stopniowo dały obraz z przeszłości tych malowniczych terenów. Dziś już wiadomo, że domostwa pionierów znajdują się 2 metry pod wodą, gdyż cieśnina zmieniła się pod wpływem Zlodowacenia Bałtyckiego.

Teraz…

Rybołówstwo nadal cieszy się powodzeniem, chociaż duże koszty siły roboczej czynią lokalny towar dość drogą przyjemnością. Napływ tańszych owoców morza pochodzących z połowów na Morzu Północnym kieruje większość przedstawicieli homo economicus do supermarketów zamiast do maleńkiego sklepiku w portowym zaułku.

 

 

Dziś w porcie obok łodzi rybackich stoją imponujące żaglówki, łodzie motorowe i katamarany. Letnimi wieczorami robi się tu gwarno i wesoło. W łodziach przesiadują staruszkowie za stolikami przy świecach. Obok pan w gustownych swetrze obejmuje blond-włosą piękność w kieliszkiem szampana w ręku. Ostatni rybak taszczy pusty koszyk roztaczając za sobą woń świeżej ryby. Gdzie indziej grają w karty, co jakiś czas wykrzykując „skål!” (czyt. skol, pol. na zdrowie). Jesienią w porcie panuje nie mniejsze poruszenie. Łodzie ściągane są na brzeg i dokładnie czyszczone, następnie ładowane na przyczepy i wywożone.

 

 

Dla amatorów plażowania, grillowania, czy zabaw w wodzie jest też plaża otoczona od strony lądu bukowym parkiem. Miejsce to nie jest może tak zjawiskowe jak rozległe plaże i wydmy z północy kraju, ale niewątpliwie ma swój urok.

 

Domki jak z klocków czy klocki jak domki?

Obok zabytkowych, lecz wciąż jeszcze zamieszkiwanych chatek, o soczewkowych oknach i trzcinowych dachach, wyrastają imponujące wille – te o klasycznej architekturze a także bardziej nowoczesne, bo ze szkła, betonu i drewna. Powierzchnie dachów czerwienią się na wzgórzu ponad portem i stopniowo obniżają się ku cieśninie. Widok na Skarbaek przypomina mi trochę obrazek z katalogów Lego, które z zapartym tchem wertowałam w poszukiwaniu inspiracji spełniając swe ambicje jako mały budowniczy.

 

Jeszcze zatęsknię za lasem masztów, za skrzeczącymi mewami i duszącym zapachem ryby – serio, nawet za tym! Będzie mi brakowało uśmiechniętych staruszków, rybaków w odblaskowych kombinezonach i hamburgerów z portu, wieczornego joggingu po plaży obłożonej wodorostami, pomostów upstrzonych ptasią kupą. Miło wspomnę nasz dziki ogródek nawiedzany przez sarny w weekendowe poranki, starą jabłonkę i poziomki pod schodami. Wspomnę i to niebawem, bo wszelkie znaki na niebie wskazują na to, że za kilka miesięcy przyjdzie nam nauczyć się nowego miejsca.

Źródło: http://kartki-z-podrozy.blogspot.com 

Chinski transport

Czesto ludzie pytaja jak poruszalysmy sie po Chinach. Takze wiele historii slyszalysmy na temat kupowania biletow zwlaszcza historii nieprzyjemnych. Ze ktos nie mogl sie dogadac, ze kolejki straszne, ze nie zawsze sie da bilet w hotelu zamowic a jak juz sie da to jest drogo itp. Wiadomo ze bilety na popularne pociagi trzeba kupowac wczesnie i czesto juz trzy dni wzcesniej biletow nie ma.

Nie marzcie tym bardziej o wagonie sypialnianym ostatecznie sie uda uprosic stojace. Coz na to juz nic nie poradzimy. Z doswiadczenia mojego i paru znajomych zawsze jakies miejsce sie znalazlo i nigdy nikt nie stal. Kolega do Urumqi jechal w wagonie restauracyjnym popijajac z konduktorami. Ale koniec slodzenia. Tak naprawde rzecz wymaga ciezkiej pracy i nieraz bywa frustrujaca ale nie jest nie do przejscia. Dzieki doswiadczeniu Magdy w tej materii poszlo nam od poczatku bardzo sprawnie. Pierwsza rzecz: pociagi! Warto sprawdzic pociag na: http://www.chinatravelguide.com/ctgwiki/Special:CNTrainSearch spisac co potrzeba i z karteczka z kodem pociagu i chinskimi rozmowkami podejsc do okienka. Kod to jedyna rzecz napisana po naszemu na tablicy odjazdow. wiec przyda sie. W okienku pokazujemy kod, nazwe miasta w krzaczkach, klase (w krzaczkach) itp. Klasy sa np: hard seat i soft seat -tak samo lezace. jednak nie wiele ma to wspolnego z twardoscia siedzenia a po prostu to nazwa klasy. Wszystko da sie zalatwic. Panie w okienku za bardzo cierpliwe albo znajdzie sie ktos do pomocy. Po paru razach dochodzi sie do wprawy. Kolejki tez sa do przejscia… :P bokiem. Z autobusami to samo. Problemem jest tylko olbrzymia odleglosc z centrum do dworca i jesli chce sie samemu zalatwic bilet czy sprawdzic rozklad moze sie to laczyc nieraz z godzinna przeprawa przez miasto w jedna strone: eh. Pomimo tego dworce w Chinach sa dosc dobrze zorganizowane i zagospodarowane-bron Boze nie mowie tu o higienie (higiena w chinach to inny temat ugh) Po prostu nie mozna sie zgubic czy pomylic pociagu/busa. Po drodze do przejscia pare bramek gdzie sprawdza bilet i poprowadza tam gdzie trzeba. A jak pojawi sie problem najlepiej rozlozyc rece usmiechnac sie i zostanie sie poprowadzonym za raczke :P na samo siedzenie. Wszystko rozchodzi sie tak naprawde o karteczki z krzaczkami i troche cierpliwosci. Jesli chodzi o transport miejski wazne by miec przy sobie drobne jedno Juanowki bo one sluza jako bilet-czasem wrzuca sie do skrzyneczki kolo kierowcy jeden czasem 3. Rzadko jest mozliwosc rozmienienia czy wydania reszty. Wiec powodzenia. Wiecej info o naszym transporcie w Chinach: http://www.ourownadventure.com/2011/08/chiny-info-praktyczne.html

Źródło: http://www.ourownadventure.com/

„Kartki z podróży”

Xpedia Team objęła patronat medialny nad blogiem Patrycji i Łukasza, którzy „starają się jak najwięcej poznawać otaczający ich świat”. Wspólne plany podróżnicze na studiach przerodziły się bliższe i dalsze wyprawy. Dziś już jako małżeństwo odwiedzają ciekawe miejsca pod względem kultury, społeczeństwa i otaczającej natury. Jak mówią o sobie ” nie są amatorami gotowych, zorganizowanych wczasów na plaży pod parasolką i wszelkie oferty „last minute” omijają szerokim łukiem.” Czytaj dalej „Kartki z podróży”

Pai- jak Dali-kolejne miejsce gdzie zostawiamy serce

Zaraz jak przyjechalysmy wiedzialysmy ze sie nam tu spodoba. Chwile pozniej znalazlysmy zacienione miejsce gdzie na tarasiku knajpy na poduchach tajowie graja na gitarkach. Obok leza leniwe psy. To jest miejsce dla nas. Pytamy o bungalowy: 150 z lazienka zaraz obok glownego budynku. Tylko dwa kroki na koncert na zywo codzienie i wifi. Czego mozna chciec wiecej. Szybko sie rozgoscilysmy na tarasie

i poduchach. Kazdy tu mily i po chwili znamy juz wszystkich. Chlopaki nam przygrywaja. Jeszcze tego dnia rzucilysmy okiem na miasteczko. Ot taka malutka urocza miescina z paroma marketami pelna przytulnych knajpek i wszelkiego rodzaju sklepikow. Czlowiek nawet nie wie kiedy z jednego konca przechodzi na drugi. Wieczorem koncert. Gospodarz Tom kazdego wita i dba o kazdego jak o wlasna rodzine. Nic dziwnego ze wszyscy wracaja tu nastepnego dnia. Szybko poznaje sie nowych znajomych a klimat jest jedyny w swoim rodzaju.

Pozniej rozpoczynaja sie koncerty w innych knajpkach a na samym koncu w Bebop poza miastem prawie. Zawsze sie znajdzie ktos kto podrzuci na motocyklu. Tom albo ktorys z chlopakow muzykow. Nastepnego dnia wybieramy sie na zwiedzanie okolicy. Jeszcze chwilka z rana na tarasie z gitarka.

Wszyscy muzycy codziennie spotykaja sie w Edible jazz na granie i pogaduchy. Tom udostepnia instrumenty a jak trzeba to takze kuchnie. Szybko sie wydalo ze gram. Coz nie umiem trzymac lapek przy sobie. Po umowieniu sie na granie wieczorem, Tom pdoponuje ze bedzie moim przewodnikiem. Wskakujemy na motocykl i zwiedzamy: niesamowity kanion, pobliskie orzezwiajace wodospady, gorace źrodla, swiatynie na wzgorzu z widokiem na doline, most z II wojny swiatowej i chinska wioske. Ostatnie miejsce sliczne ale tak sztuczne ze az razi. Bardziej przypomina kurort niz wioske.

Nawet sobie kawalek muru chinskiego wybudowali. Pech sprawil ze poslizgnelam sie nad wodospadem i raczka spuchnieta i boli. Probowalam grac ale bylo tylko gozej. Nici z koncertu. Siedzie i chlodze reke zimnym piwem oraz lodem. Nastepnego dnia ekipa ktora poznalam w Chiang mai wyciaga mnie na sniadanie do jungle bar. I to wlasnie do dzungli hen hen za miastem. Wsrod palm i innych dziwnych roslin nie opodal rzeczki jest bar a obok tarasik z hamakami.

Owocowy shake w hamaku wsam raz. Bar dosc dziki bo nawet kon i pies za barem sie zdarzyl. Upal byl tego dnia niemilosierny wiec reszte dnia siedzialysmy w cieniu Edible jazz na paduchach sluchajac grajacych tajow i planowalysmy trase przez Malezje i Indonezje. I nawet na obiad nie musialysmy sie ruszac bo Tom poczestowal nas wysmienitym pad thai. I gdzie tu isc i po co? ;)

Tak na prawde wszyscy przychodza tutaj. Sami przyjaciele i nawet my sie czujemy juz jak miejscowe, coraz bardziej, z dnia na dzien. Jak zawsze mialysmy szczescie co do miejsca. Wieczorami po jednym koncercie ludzie wyciagaja tylko na nastepny koncert.

Ciezko bylo opuszczac Pai. Tom zorganizowal mala imprezke pozegnalna. Troche pogralam choc z bolu zaciskajac zeby. Pozegnaniom z chlopakami muzykami nie bylo konca. Do Pai wroce- juz sie umowilam. Miejsce w kapeli na mnie czeka a Tom powiedzial ze to nasz dom i Edible jazz bedzie czekac zawsze.

http://www.ourownadventure.com/

O wyprawie:

Planowane jest przetransportowanie drogą morską w kontenerze busa do Kanady – około 3 tygodni przed startem wyprawy, czyli około 10 czerwca. Na początku lipca w Kanadzie wystartuje wyprawa America Trip najpierw dojeżdżając do Nowego Jorku i Waszyngtonu wybrzeżem a następnie od Chicago aż do Los Angeles słynną drogą 66 – aż do zachodniego wybrzeża. Następnie przez Meksyk i Houston do Miami na Florydzie. Powrót na północ wschodnim wybrzeżem. W sumie około 20 tys km.

Poszukujemy sponsorów chętnych wesprzeć wyprawę. Istnieje możliwość zostania sponsorem tytularnym. Szczegóły dotyczące sponsoringu już wkrótce lub po skontaktowaniu się z ekipą:

Karol Lewandowski, 660676965, kontakt@busemprzezswiat.pl

Ciągle aktualizowane informacje na temat wyprawy na stronie http://www.busemprzezswiat.pl/wyprawy/nr4-%e2%80%93-america-trip-2012/

W planach jest włączenie do wyprawy drugiego busa (VW T3 syncro) i powiększenie ekipy do 10 osób, jednak wszystko będzie uzależnione od wsparcia sponsorów.

Nazwa wyprawy: America Trip 2012

Status wyprawy: TRWAJĄ PRZYGOTOWANIA

Sponsorzy, wsparcie przygotowań i wyprawy:

  • brak – sponsor tytularny
  • brak – sponsor transportu samochodu
  • CMA – pozycjoner GPS
  • TERWER LOGISTIC – przygotowanie techniczne busa
  • DesignWorld – hosting bloga
  • LautumStudio – stworzenie i wsparcie techniczne bloga

Our own adventure – Angkor (28 sierpnia 2011)

28 sierpnia 2011′

Nie trzeba chyba nikomu mówić co to jest, więc przejdźmy do sedna. To właśnie dla tego miejsca ludzie przyjeżdżają do Siem Riep, a stąd już tylko wypożyczyć rowerek za 1$ by po ok. 20 minutach znaleźć się przy pierwszej i najsłynniejszej świątyni kompleksu Angkor Wat. Oczywiście jest parę innych opcji: tysiące tuk tuków, motocykli i wycieczek, ale ja wybrałam rower.

Po pierwsze -rower moja miłość, po drugie – zależna jestem tylko od siebie i niespiesznie podziwiać mogę każdy zakamarek jaki mi się wymarzy i wjechać w każdą choćby najmniejszą ścieżkę, jaką znajdę. Kupiłam oczywiście bilet na 3 dni, który można wykorzystać w ciagu tygodnia. Nie trzeba jeździć w trzy kolejne dni i dobrze, bo pogoda nie dopisuje czasem, krótko mówiąc jest pora deszczowa, leje każdej nocy i ranki też bywają brzydkie.

Zwiedzanie głównych kompleksów na północy miasta wiąże się z notorycznym odganianiem od naganiaczy ze stoisk z jedzeniem i sprzedawców, a zwłaszcza dzieci, które łapią za nogę, rękę i kup kup… Mimo tego jest bardzo przyjemnie i wcale nie odczułam tu tłoku. Nie miałam także problemów ze zrobieniem tu zdjęć bez ludzi.

Stoiska z jedzeniem i sprzedawcy są tylko w paru skupiskach i poza tym można spokojnie spacerować po świątynnych zabudowaniach i otaczającym okolicę lesie. Więc niech się jedno guru polskiej turystyki ugryzie swoim twierdzeniem, że Angkor nie jest warte odwiedzenia i zapchane turystami.

Jest warte i bardzo przyjemne, dlatego panu za opinię podziękuję. Nawet mimo upału podróżowało mi się świetnie. Droga prowadzi głównie w cieniu drzew, a co jakiś czas można się schować wśród zimnych rzeźbionych kamieni, niezliczonych tuneli i ciemnych tajemniczych wnętrz.

By odpocząć i nabrać sił na dalsza drogę zatrzymałam się przy jednym stoisku i choć ceny straszne, to bez problemu mimo cennika można się targować. Najbardziej z głównych świątyń podobał mi się Ta Prom, ale co będę pisać. Zobaczycie na zdjęciach. Poza tym w okolicy Srah Srang zapuściłam się w wioskę gdzie hasały tylko dzieciaki – całe chmary samopas. Wioska zresztą urokliwa.

I znów brak turystów. Po zachodzie na Pre Rup szybko uciekałam do miasta przed nadchodzącą burzą i zmrokiem. Tutaj po zachodzie światło gaśnie bardzo szybko. Innego dnia wybrałam się mimobrzydkiej pogody do grupy Roluos 15 km na wschód od miasta. Zupełnie inaczej.

Wycieczka nad wyraz udana i pogoda trzymała się całkiem całkiem. Zaczęło padać dopiero jak wróciłam :) Garstka turystów i to tylko tych bardziej ciekawskich i mniej sprzedawców i całego tego turystycznego zgiełku. Zabudowania może i skromniejsze, ale za to mające swoisty urok.

A wszystko ukryte w zieleni pomiędzy malutkimi wioskami i samotnie stojącymi chatkami. Zapuszczałam się dzielnie moim rozklekotanym rowerkiem w wąskie ścieżki i przemierzałam pola ryżowe o niesamowitych odcieniach zieleni.

Źródło: Ourownadwenture.com