Biegnący Wilk – najtrudniejsze decyzje

Gratuluemy odważnej i niełatwej, ale słusznej decyzji. Dziś kolejny odcinek relacji z dalekiej północy:

Są w życiu momenty, kiedy trzeba podejmować trudne, tak zwane „męskie” decyzje… Zgodnie z planem około piątej godziny rano rozpoczynam przygotowania do startu na kolejny odcinek trasy – 125 kilometrowy w rejonie wczorajszych zmagań. Pogoda się trochę poprawiła, choć szlak zapewne jest bardzo zawiany i będzie tak samo trudny jak poprzedni. W nocy starszy, norweski maszer szuka chętnych do wyruszenia w burzę śnieżną na szlak. W kilka zaprzęgów jest to łatwiejsze. Tak działa kilka zespołów maszerów. Ja się na to absolutnie nie piszę – jesteśmy zmęczeni, a poza tym wiem co mnie tam czeka… Ubieram psom buty, budzę je, wyciągam spod kocy i karmię. I tu zaczynają się wątpliwości. Psy generalnie mają od początku wyścigu słaby apetyt. To odwieczny problem maszerski.

Przy takim wysiłku rozwiązanie go jest sprawą priorytetową. Kilka psów w ogóle nie chce jeść. Są po prostu zmęczone ostatnim etapem tak bardzo. Szczegółowo je oglądam i ciągle biję się z myślami zadając sobie pytanie – czy jechać czy nie. Moje ambicje nie mają tu nic do rzeczy. Oczywiście marzę o tym aby wyścig ukończyć. Następuje chłodna analiza. Przed nami kolejny bardzo trudny etap i dwa razy dłuższy niż poprzedni. Psy są bardzo zmęczone, straciły na wadze, najbardziej dzielne „wheel dogi” – „Paktok i Paneeraq. Dina ma lekko opuchniętą łapę i nie może biec. Mimo, że psy są apatyczne i niedożywione ale wiem, że jak im każę to będą biec dalej… Problemem podstawowym jest to, że bez apetytu i jedzenia psy nie są w stanie pokonać tak trudnej trasy i doprowadziłoby to być może do niebezpiecznych dla nich sytuacji. Analizujemy sytuację z weterynarzami, którzy dzielnie od świtu przeglądają psy w odpoczywających zaprzęgach. Ich analiza jest taka, że poza dużym zmęczeniem psy w zaprzęgu nie wykazują niebezpiecznych sygnałów. Mimo tego, to ja znam swoje psy najlepiej i decyduję o zaprzestaniu dalszej jazdy…

Jest to trudna decyzja. Bardzo trudna… Choćby z tego powodu, że przygotowywałem się do startu na 1000-kilometrowej trasie Finnmarkslopet od trzech lat. NAWAŻNIESZY JEST JEDNAK DOBROSTAN ZWIERZĄT. Wolę wycofać się w momencie, kiedy psom nic nie zagraża, niż doprowadzać do niebezpiecznych dla nich sytuacji. Niewątpliwie wyruszenie na dalszy szlak – bardzo trudny, kiedy zwierzęta są już bardzo zmęczone i w dodatku przyjmują zbyt małą ilość posiłku (niezbędnego w tej chwili) bez wątpienia mogłoby spowodować dla moich przyjaciół bardzo niebezpieczną sytuację. A na to nie pozwolę. Rozwiązaniem byłby dłuższy odpoczynek i regenerację ale uważam, że byłoby to nadwyrężeniem w stosunku do organizatorów. Kilkaset osób – wolontariuszy musiałoby na mnie czekać… Wstydu nie ma – jak powiedział Darek (logistyk transportu wyprawy) – „Kirkenes zdobyty”. Udało się mimo zupełnie zaskakująco trudnych warunków pokonać 50% trasy – to jest 500 kilometrów. I co ważne – bardzo młodym i niedoświadczonym zaprzęgiem – 2-3 letnich psów, gdzie same liderki (Liina i Asauk) mają po tyle lat. Wyścig Finnmarkslopet to potężne wyzwanie. Jest bardzo trudny nawet dla mieszkających tu i na stałe trenujących w takich warunkach Norwegów, mających wiele pokoleń doświadczeń. O tym jak jest to trudne dla gości spoza tej zimnej i trudnej krainy może świadczyć np. postać startującego w tegorocznej edycji Francuza, który mimo ,że jest bardzo dobrym i doświadczonym maszerem kończącym bez problemu np. 800-kilometrowy wyścig wokół Mc Blanc, to jednak już 5-ty raz podejmuje próbę ukończenia trasy 1000-kilometrowej.

Na tym etapie uważam, że gdyby trasy wyścigu były podobne do tych z 2009 roku, to ukończylibyśmy wyścig w czasie około 7 dni. Ale celem głównym jest oczywiście długi dystans. Nie jest to absolutnie start stracony. Tak się zdobywa doświadczenie. Mamy przebiegi nowych tras i zdobyliśmy KOLOSALNĄ naukę, absolutnie nie możliwą do spełnienia w warunkach polskich. To jak ze zdobywaniem bieguna – dobrze jest go osiągnąć w jednym podejściu ale w rzeczywistości, to robi się etapami: coraz dalej i dalej. Mam doskonały trzon zaprzęgu. Młode liderki zapowiadają się rewelacyjnie. Już wiem jakie błędy należy w przyszłości poprawić, jak ulepszyć trening aby przygotować się też do takich jak w tym roku warunków. Jestem też przekonany, że bardzo wiele osób, trzymających za mnie kciuki (o czym dowiadywałem się od Justyny relacjonującej mi wieści z Polski) liczyło na dojechanie do końca. Mam ogromne przekonanie, że wszyscy oni, a szczególnie Partnerzy wyprawy rozumieją moją decyzję wynikającą z tego, że los przyjaciół-psów jest tu najważniejszy, a nie zwycięstwo „za wszelką cenę”. I za te zrozumienie WSZYSTKIM BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUĘ. SZCZEGÓLNIE DZIĘKUJĘ ZA WSPARCIE I POMOC TYM, KTÓRZY WSPIERALI MNIE DO KOŃCA: RODZINIE, UCZESTNIKOM WYPRAWY, PARTNEROM I MEDIOM, TYM LICZNYM OSOBOM OD KTÓRYCH OTRZYMALIŚMY LICZNE POZYTYWNE LISTY.

To dzięki Wam dotrwałem do tej pory. Po podjęciu przeze mnie decyzji o rezygnacji z dalszej jazdy doświadczyłem dwóch bardzo miłych sytuacji. Najpierw weterynarze – stwierdzili, że podjąłem bardzo „humanitarną decyzję” i otrzymałem od nich za to gratulację. Pojawił się też u nas Polak – Jarek, pracujący i mieszkający tu na stałe z rodziną. Stwierdził, że jest bardzo dumny z tego co robię, a szczególni właśnie z faktu, że „wiem kiedy podjąć decyzję o rezygnacji”. Jako tutejszy mieszkaniec doskonale rozumie skale trudności z jaką się tu trzeba zmierzyć. Wczoraj w samym Kirkenes była taka zamieć śnieżna, że jego rodzina nie odważyła się wyjść z domu aby przywitać mnie na punkcie kontrolnym, a przecież w górach w tym czasie panowały wielokrotnie trudniejsze warunki. Dostaliśmy zaproszenie na obiad i bardzo dużo ciepłych słów. Mimo, że udział w wyścigu się skończył, to wyprawa trwa i nadal czytelnicy będą mogli w niej uczestniczyć za pomocą naszych relacji. Następnym celem jest – Rovaniemi i pobyt na kole podbiegunowym….w bardzo ciekawym miejscu….Ale o tym w następnej relacji.

Dziękuję za wsparcie Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk

 

 

Dodaj komentarz